Akceptacja czyli o gotowości na doświadczanie, a niekoniecznie przycisk 'lubię to'
Słowo akceptacja ma czasem kiepski PR. Kojarzy się z westchnieniem, opuszczonymi ramionami i zdaniem: „No trudno, już po mnie”. Jakby człowiek podpisywał umowę z losem, najlepiej długopisem bez tuszu.
Poranne ja, wieczorne ja - gdzie leży prawda i jak zmienić życie „na lepsze”
Wyobraźmy sobie tę scenę: jest wieczór. Siedzimy z kubkiem herbaty, patrzymy w dal i dochodzimy do wniosku, że od jutra wszystko będzie inaczej. Wstaniemy wcześniej. Zrobimy jogę. Pomedytujemy. Napiszemy trzy strony journalingu. Zjemy śniadanie bogate w białko, błonnik i sens życia.
Kiedy akceptacja w terapii ACT staje się strategią kontroli?
Terapia ACT uczy nas jednego z najbardziej kontrintuicyjnych podejść do ludzkiego cierpienia: zamiast walczyć z trudnymi emocjami, mamy zrobić dla nich miejsce. Akceptacja, obecność i gotowość do przeżywania tego, co trudne, stają się fundamentem zmiany. Problem zaczyna się wtedy, gdy… zaczynamy używać akceptacji po to, żeby przestać czuć. Brzmi paradoksalnie? Właśnie w tym tkwi sedno.
'Ja obserwujące' – o byciu sobą bez walki ze sobą
Jednym z najbardziej fascynujących i jednocześnie trudnych do uchwycenia aspektów terapii ACT (Terapia Akceptacji i Zaangażowania) jest self, czyli po polsku po prostu „ja”. Ale nie chodzi tu o to „ja”, które mówi „jestem nie dość dobra” albo „boję się porażki”. W ACT mówimy o ja obserwującym – przestrzeni, która może dostrzegać wszystkie myśli, emocje i doświadczenia, ale sama nie jest żadnym z nich.